Ciągnij go

okladka_m

Łańcuch okazał się splątany z kotwicą. Owinięty na łapie zapewne podczas rzucania kiedy statek już przestał się posuwać i cały łańcuch ułożył się w górkę czy też kłąb nad kotwicą. Na zewnątrz fiordu jeszcze trochę wiało, w środku już sztil zupełny nawet bez żadnych prądów.
Oświetlone słońcem jezioro z ośnieżonymi szczytami gór odbijającymi się w lustrzanej wodzie. Troszkę lodu malowniczo i nieregularnie porozrzucanego po płaskiej powierzchni wody. Idziemy na ostatni tego dnia punkt pomiarowy, bo nauka na rufie szykuje się na wieczorne spotkanie z ekipą ornitologów, którzy rozbili miesiąc temu swoje obozowisko na kamiennej plaży fiordu.
Zatem cisza, suniemy powolutku, bo rura pionowa do mocowania aparatury akustycznej za burtą, a rura nie wytrzymuje więcej niż trzy węzły, i ta splątana kotwica wisząca w wodzie na łańcuchu, którego nie udało się całkowicie wciągnąć do kluzy. Darek wracający z kolacji i Edek, całe szczęście, że Edek, po kolacji na dziobie.
Do burty podchodzi ponton z nurkami, którzy zeszli rano na eksplorację fiordu. Więc ponton na wodzie, Kazik telefonista do pontonu. Z dziobu rzucona krótka linka dla podwieszenia kotwicy i manewry windą w górę i w dół by poluzować łańcuch. W Darku zagrała krew wieloletniego bosmana, jeszcze na Zewie Morza i potem wiele lat na Pogorii i klęczy na tym dziobie mnie pozostawiając mostek.
Tym razem to bardziej rola stróża, bo cała akcja i działanie przeniosło się na dziób, którego z  mostka, nie mówiąc już o pontonie z Kazikiem gmerającym koło spuszczonej trochę kotwicy, nie widzę. Szarpią tą windą strasznie. Darek wychylony przez reling manewruje Edkiem, który trzyma rękę na dźwigni sterującej zaworem.
– Niżej, jeszcze, jeszcze. – Koło orzechowe łańcucha jest napędzane tylko w jedną stronę, kotwicę można windą wyciągnąć, w drugą stronę biegnie luzem pod ciężarem opadającej kotwicy. Ponieważ teraz kotwica jest podwieszona i nie ma żadnego ciężaru, orzech nie chce się obracać i trzeba popychać koło łomem. Ostrożnie ani nie za dużo. – Starczy! – Teraz Kazio podpływa pontonem i niebezpiecznie tuż nad wiszącą na cienkiej lince kotwicą, gdyby się urwała to nawet by za bardzo nie cmoknęła przebijając plastikowy kadłub naszego RIBa, usiłuje zrzucić łańcuch z łapy. – Teraz, powoli do góry! – Edek ustawia zawór na możliwie najmniejszy przepływ i czeka chwilę na efekt. – Dobrze, dobrze, powoli. – Ruch dłonią i przepływ jest jeszcze mniejszy, koło obraca się powolutku i łańcuch ogniwo po ogniwie pełznie do gór. Nad klęczącym na pokładzie, wychylonym połową tułowia za reling Darkiem staje Edek i też się daleko wychyla, tyle że górą, by zaobserwować efekt. – Stop! Stop natychmiast! – Wrzeszczy starszy oficer, a korpulentna postać Edka odrywa się od relingu. Zawraca o sto osiemdziesiąt stopni i pędzi do wajchy windy kotwicznej. Oczywiście jest już za późno i coś tam zgrzyta przeraźliwie. Operację trzeba powtórzyć, Kazio na pontonie, Darek na kolanach, Edek przy windzie.
Cyrk na kółkach, tymczasem na śródokręciu gromadzi się tłumek ciekawskich, przychodzi elektryk przysłany przez maszynowego chiefa zaniepokojonego, że motor od dłuższego czasu pracuje na wolnych obrotach i pewno się turbina karbonizuje w przyspieszonym tempie.
Słoneczko, gładka toń fiordu, ośnieżone szczyty odbite w wodzie, lód malowniczo, tu i ówdzie porozrzucany.