Hitra

okladka_mPięć miesięcy rejsu mały jacht, dwu ludzi , dziewicza przyroda. Blisko czterysta stron, ponad sto fotografii. Ebook 35 PLN, napisz ; blog@jarekczyszek .pl

Wszystko to niknie w mroku wieczoru, na niebie błyskają pierwsze gwiazdy. Tor wodny z licznymi na nim statkami prowadzi wzdłuż brzegu wyspy. Dlatego odchodzę powolutku w stronę stałego lądu by nie pchać się po nocy pod ten dosyć liczny ruch statkowy. Umawiamy się z dzieckiem na zmianę wachty po północy i zostaję sam na pokładzie.
Nie do końca na pokładzie bo na zwykłym stanowisku wachtowym, drewnianej ławeczce na zrębnicy zejściówki z dobrym widokiem na ekran elektronicznej mapy w kabinie nawigacyjnej i panelem sterowania autopilotem pod ręką. Pod drugą jarzy się w półmroku podświetleniem skali panel radiotelefonu a i inne urządzenia mrugają rozmaitymi diodami i podświetleniami wskazującymi na ich stan i aktualna pracę.
Woda się wygładziła i wydaje się, że przed nami spokojna całkiem noc. Koszmar trzydniowego sztormu został pokonany i oddala nam się za rufę z każdym obrotem śruby.
Tak to się wydaje do momentu kiedy na lewym trawersie mijamy przełęcz pomiędzy dwoma górzystymi masywami stałego lądu.
Dobrze podświetlony wskaźnik prędkości wiatru pokazuje raptem czterdzieści dwa węzły. ELTANIN gwałtownie pochylony ryje prawym relingiem wodę, sternika rzuciło na ostrą krawędź włazu a Radka w kabinie sturlało z koi.
Garnek z grochówką  ląduje ze zlewu na kolektorze wydechowym silnika i po wnętrzu jachtu roznosi się przyjemny skądinąd zapach przysmażanego boczku.
Nie namyślając się wiele natychmiast odpadam i jednym skokiem jestem w kokpicie przy zielonej lince zwijaka sztagu. Wypuszczam szot genuy i zmniejszam powierzchnię żagla do maleńkiego trójkąta z przodu. Zanim zdążę zaknagować linkę zwijaka mam już przy sobie dziecko i razem we dwu wybieramy przy pomocy kabestanu naprężony mocno szot. Pędzimy z wiatrem w stronę Hytry z prędkością ośmiu węzłów. Piana idzie po burtach i zostawiamy za sobą biały ślad torowy. Radek zostaje w kokpicie a ja uruchamiam radar byśmy w zamieszaniu i ciemnościach, bo nastały egipskie ciemności bez gwiazd i bez żadnego w atmosferze poblasku na kogo lub na coś nie najechali.
Aby radar zaczął pokazywać swoje elektroniczne złudy musi minąć dwie minuty potrzebne na nagrzanie magnetronu czyli generatora dziewięciu giga herców częstotliwości radarowego impulsu. Po załączeniu przycisku power na ciekłokrystalicznym ekranie wyświetla się po prostu zegar odliczający te dwie minuty do stanu gotowości urządzenia do pracy.
Dwie minuty nas nie zbawią. Nurkuję do kambuza po turlający się tam po podłodze garnek. Fala raptem urosła z niczego i zaczyna nami rzucać. Upycham garnek w zlewozmywaku, jakieś tam resztki zupy taplają się na dnie garnka, reszta na podłodze i na silniku. Ponieważ radarowe dwie minuty właśnie się kończą nie ma czasu by teraz robić coś z tym więcej. Elektroniczna mapa pokazuje olbrzymią wyspę i długą ale malutką wysepkę tuż przed nami. Idziemy na sam jej cypelek, miga tam na biało latarenka, która rozświetla miarowym rytmem mrok nocy pomieszany z zaczynającym się deszczem.
Wielkie krople, porwane wiatrem zalewają szyby wiatrochronu i jeszcze bardziej ograniczają widoczność z kokpitu. Schowamy się w wąskiej cieśninie pomiędzy wyspami. Akurat powinno nas osłonić od porywów wiatru i zapewnić spokojny nocleg na kotwicy. Na razie podchodzimy do wyspy widząc niewiele więcej ponad mrugające światełko latarenki.
Całe szczęście na małym zakresie radar pokazuje wyraźnie wszystkie przeszkody. Wchodzimy w cieśninę, wiatr słabnie jak nożem uciął, przed nami ciemność i tylko dwa duże echa tuż koło brzegu mniejszej wysepki. Jedno wygląda na metalową pławę a drugie, znacznie większe, na nie wiadomo co.
Podchodzimy ostrożnie, z bliska w świetle latarki okazuje się, że to stojący na boi malutki kuter z rodzaju tych używanych do obsługi pływających hodowli łososia. Wygląda na to, że obraliśmy bezpieczną przystań, która jest też taką dla lokalnych łodzi.