Cementowiec

Jakiś już czas temu halsowałem się jednym z Opali po Kalamrsundzie usiłują c we wrześniowe popołudnie wyjść z cieśniny na Bałtyk, i do Gdyni, pod południową szóstkę, chyba. Pod wiatr i pod prąd, po kilku godzinach gimnastyki, a prognozy mówiły o odkrętce w perspektywie kilku godzin, postanowiłem schronić się do jednego z porcików Olanadu, by przeczekać niepomyślny kierunek wiatru. Akurat pod ręką, po lewej burcie, był porcik osobliwy bo cementowy, przeznaczony dla jednego tylko, średniej wielkości, statku, który od czasu do czasu doń przypływał by zabrać cement wyprodukowany w odpowiedniej, stojącej na zapleczu portu, wytwórni. Farwater pomiędzy mieliznami z trzema nabieżnikami, osobno dla symetralnej statku i osobno dla każdego skrzydła mostku. Ani żywego ducha, wewnątrz nabrzeże dla cementowca za nim zrujnowany pomost miejscowego jachtklubu gdzie przy drugim zawalonym w wodę pomoście drzemał drewniany slup czasy świetności mający już dawno za sobą. Ścieżka pośród łopianów prowadziła do małego domku, w którym mieściły się schludne pomieszczenia toalety,z oczkiem kibelkowym i prysznicem zasilanym z elektrycznego bojlera. Okolica całkowicie bezludna, tylko zautomatyzowana cementowania i rzędy wiatraków porastające okoliczne pagórki industrialnym lasem początków dwudziestego pierwszego wieku. Załoga moja dzielna żeglarsko, mając przed sobą trawersatę Bałtyku postanowiła się wykąpać prysznicowo i bez morskich ograniczeń skorzystać jeszcze, póki można, z muszli śnieżnobiałej, porcelitowej. W efekcie zużyto całą ciepłą wodę z bojlera i wszystkie zapasy papieru toaletowego w ustronnej kabince.
W momencie kiedy pole wiatraków na centralną komendę jakiegoś sensora jednym ruchem obróciło głowice o dziewięćdziesiąt stopni meldując tym samym korzystną zmianę wiatru, tuż przed wyjściem zainspekcjonowałem budyneczek polecając doń donieść kilka rolek papieru toaletowego z jachtowych zapasów. Na parapecie okienka zostawiłem siedemdziesiąt koron z własnej kieszeni, taka wówczas była średnia cena za postój dobowy trzynasto metrowego jachtu w lokalnej szwedzkiej marinie. Siedemdziesiąt koron to trzydzieści złotych mniej więcej, żaden majątek. A pożytek z tego był taki, że żaden Szwed, nawet gdyby chciał, nie mógłby potem powiedzieć, że polski cwaniaczek nie zapłacił za portowy postój jachtu.