Parowe

Każdy ma taką maszynę parową na jaką zasługuje. Moja stoi na pozbawionym roślinności brzegu arktycznej wyspy i przez większą część roku drzemie przysypana śniegiem, który po odwietrznej stronie zardzewiałych kotłów tworzy fantazyjne zaspy grające światłem i cieniem w blasku Księżyca lub od zielonkawej poświaty Aurora Borealis. Barak, w którym stała, już dawno się rozpadł pozostawiając po sobie trochę wyschniętych na srebro desek i setki kawałków papy bezładnie rozsypanych po okolicznych skalnych załomach. Zbudowana z początkiem XX wieku przez firmę TAYLOR & HUBBARD jest zardzewiałym pomnikiem ludzkiej pazerności, która przez chwilę się łudziła nadzieją kokosowych zysków z kopalni marmuru mającemu jakością przewyższać Carraryjski, a która to nadzieja poszła w pył wraz z pyłem, na który rozpadły

się pierwsze marmurowe tafle odcięte od górotworu. Pozostały resztki stalowych dźwigarów nabrzeża i ten surrealistyczny, żelazny pomnik na plaży.

Na tej samej plaży, na której, pewnego dnia, z polarnej mgły i zimnego oddechu lodowców zmaterializowała mi się kiedyś norweska Lorelai, przecudnej urody i kształtów. Oczywiście po uwzględnieniu poprawek na polarny kombinezon szczelnie otulający, po czubek noska, dzielną kajakarkę. Wiem, że ci którzy znają nieco Norwegię nie uwierzą mi w to piękno na słowo.

A jednak.

Nie rozpaliła pod kotłem, rozgrzała tylko serca grupki polskich żeglarzy w tym tak odległym od kraju zakątku świata. Mgła, kamienisty brzeg, lodowiec. Lorelai i …. parowa maszyna firmy TAYLOR & HUBBARD wraz z kotłami.

Ta była pierwsza, druga całkiem zupełnie niedawno, i tylko na fotografii. Też w śniegu, który wielkimi płatami pokrył całe Zakopane. Korki na zbyt ciasnych ulicach, ślisko, cyrki na skrzyżowaniu jedno auto w poprzek, drugie usiłujące wyminąć zawalidrogę, buchające na czerwono światła stop. Biały śnieg otulający ciemne szeregi smerków u Jezuitów na górce. Śnieg za kołnierzem i panorama Tatr na chwilę odsłonięta pomiędzy jednym a drugim tumanem.

Potem herbata w herbaciarni na zmarznięte dłonie z trudem rozsupłujące zapięcie kurtki. Pomiędzy ekspresem do kawy i elektrycznym czajnikiem na wodę, wśród pudełek z herbatą i puszek z kawą kilka półek na książki. Biorę jedną i z parującym kubkiem dosiadam się do stolika. Pomiędzy jednym a drugim łykiem gorącej wody, odtajam, kątem oka widzę na sąsiednim stoliku album czarno białych fotografii. Dźwigi, porty, statki, czarny komin i struga dymu pod same niebo. Maleńki holowniczek dymiąc węglowym dymem ciągnie dwie barki po flautowym jakimś zalewie czy morzu. Odczekałem jeszcze jedną herbatę i chwile kiedy sąsiadka odłożyła album na półkę ponad pudełkami.

bolek_m

To ten na obrazku. Bezimiennie sfotografowany czekał na owe; „ruszta rozpalone do białości…”. Kwerenda po internecie doprowadziła na dno jeziora Dąbie gdzie zagrzebany w mule spoczywa od lat holownik, nomen omen, BOLEK. Nie wdając się w jakieś szczegółowe dywagacje, holenderskiej budowy, z cała pewnością podobny do Piotrusia, z takim sentymentem wspominanego przez starych gdańszczan, jak i do tego na filmiku:

Jak dwie krople wody.

Potem już wyobraźnia podsycana śniegiem za oknem i martwotą wodnego sezonu..

Najbardziej dymiącym statkiem na Zatoce Gdańskiej była oczywiście PANNA WODNA, zgrabny pasażerski parowiec przybrzeżnej żeglugi zbudowany na porzuconym kadłubie minensuchboot’a. Jedyny komin dymił niczym cztery kominy MAURETANII przez trzydzieści prawie lat dzierżącej tytuł najszybszego parowca na oceanie. Panna Wodna taka szybka nie była ale zasypywała sadzą białe letnie bluzki pasażerek równie skutecznie jak i liner Cunarda.

Gdański OKOŃ z 1921 roku to najstarszy holownik w Nowym Porcie, pływa do dzisiaj co prawda przepoczwarzony w chęci dodania mu nowoczesności.

BOLEK z profilu w całej krasie swojej czerni prezentuje klasyczną, prymitywną wręcz, sylwetkę kanałowego holownika, to już się nie wróci.

Lewy dolny róg, francuski PORT DE BEYROUTH na plaży w Dunkierce. Co ma piernik do wiatraka? Porzucony przez Francuzów w 1940 roku w czasie Operacji Dynamo (grają gdzieś jeszcze w kinach, chyba), wyremontowany przez Niemców całą wojnę służył w porcie wojennym w Helu jako serwisowiec dla tamtejszej flotylli ćwiczebnej U-boot’ów. Parowy, jak najbardziej.

 bolko4_m

I jeszcze TUR, gdyński holownik parowy z 1928, który zatonął w 1949 roku poderwany na minie na redzie Gdyni, nikt nie zginął.

tur_m

I tyle tych parowych rozważań zimowa porą rysowanych czarnym ołówkiem na papierze ([…] na papieru, papież to jest w Rzymie… – z epoki, K.Borchardt, Znaczy Kapitan.