Wieje

okladka_m

   Zaczęliśmy się kołysać, zrazu łagodnie z burty na burtę potem gwałtowniej trochę i w górę i w dół i na boki. Sztorm południowo wschodni, idealny z punktu widzenia szybkiej podróży przez Skagerrak i potem dalej wzdłuż wybrzeży Norwegii, na północ. Im więcej wieje tym mniej żagla z przodu, tym bardziej rolujemy genuę na obrotowym sztagu.
Suniemy z sykiem przez ciemne morze, za rufą wyrasta góra wody. Niewidoczna w ciemności i tylko białą grzywką gdzieś tam u góry pokazuje swój wymiar i wielkość.
ELTANIN zadziera rufę, wędrujemy do góry niczym w windzie, przechył na zawietrzną stójki relingu ryją w wodzie, teraz rufa idzie na dół a dziób wędruje do góry. Lekki przechył na lewą burtę, woda kaskadą szoruje po półpokładzie, bulgocze w waterwasie, szpigatami wylewa się z powrotem do morza. I tak godzina za godziną, rośnie coraz więcej i więcej.
Rzecz cała by nie przekraczać w zjeździe po fali prędkości dziewięciu węzłów bo to dla naszej łódki zbyt szybko. Steruje oczywiście autopilot i może nie zdążyć z kontrą, staniemy burtą do fali i wyłożymy się jak dłudzy w tej jeździe lekko szaleńczej czerwonym, blaszanym jachtem pośród dymiącego morza.
Jedziemy na zmiany, jeden z nas zasztauowany w zejściówce z jednym okiem czujnym na morze i żagiel, drugim na elektroniczną mapę i radar bo podchodzimy od dołu do Norwegii i ruch zaczyna się zagęszczać. Silnik oczywiście chodzi i do hałasu morza dodaje swoje stukoty. Trzymamy go na obrotach bo autopilot z radarem do spółki konsumują znaczne ilości prądu, a tak oba alternatory ładują każdy po swojej baterii, a rozgrzana rura wydechowa przyjemnie promieniuje ciepłem rozgrzewając i susząc wnętrze jachtu.
Aby zagotować wodę na herbatę trzeba odpalić agregat. Mały japoński diabeł napędza ośmiokilowatową prądnicę co daje nam aż nadto prądu do zagotowania wody w elektrycznym czajniku, czy przyrządzenia czegoś na ciepło przy pomocy elektrycznej kuchenki. Innej na ELTANINie nie mamy. Agregat po generalnym remoncie odpala w zasadzie bez żadnego kłopotu. Wystarczy podnieść podłogę kabiny nawigacyjnej i w czeluściach maszynowni otworzyć kulowy zawór wody chłodzącej, zamknąć podłogę, otworzyć zawór rury wydechowej, która przebiega w poprzek kambuza, przełącznikiem włączyć zapłon i za pomocą przycisku podgrzać świece żarowe licząc głośno – sto dwadzieścia jeden, sto dwadzieścia dwa, sto dwadzieścia trzy, puścić przycisk podgrzewania i nacisnąć zaraz obok drugi, uruchamiający starter. Silniczek gdace sobie chwilkę obracany rozrusznikiem po czym zazwyczaj tryumfalnie wchodzi na obroty zagłuszając dookoła wszystko.  Akurat w warunkach wyjącego dookoła sztormu nie ma to i tak większego znaczenia. W przeciwieństwie do gorącej herbaty, która ma znaczenie gdy tak jest wypijana drobnymi łyczkami pośrodku huczącego wiatrem i falą, północnego morza.
* * *
Świt bladością poranka nadaje wnętrzu jachtu materialny wymiar. Bledną powolutku szyby skylightów wydobywając z mroku zarys pilersów, aluminiowej schodni, asymetrycznie wyciętej pustym teraz otworem po zdemontowanej prądnicy marszowej. Poprzez odsłonięty otwór widać warstewkę wody przelewającej się w zęzie tuż pod silnikiem skąd trudno jest ją całkowicie usunąć a zawsze jej trochę napływa z nie do końca szczelnej dławicy wału. Koce zmiętolone na koi, stolik pośrodku mesy solidnie przymocowany do podłogi tak by się nie przesuwał przy kołysaniu.
Ze świtem przychodzą niskie chmury i deszcz siąpiący o pokład i w moczeniu wszystkiego idący w zawody z falą, która bryzgami wchodzi, przy tym kierunku wiatru, od rufy. Mimo wszystko z dobrą prędkością suniemy do przodu. Na spłachetku zrolowanej na sztagu genui ponad osiem węzłów na szczycie fali, potem w kilwaterze bryzgów podczas szusu w dół wodnego grzbietu jeszcze trochę więcej. Należy zachować czujność by nie dać się u dołu zjazdu obrócić burtą do fali na co łódka ma ochotę za każdym razem kiedy w dolinie ryje wodę głęboko zanurzonym dziobem. Następne spienione zbocze unosi rufę do góry i tak raz za razem pędzimy przez morze z niewidocznym we mżawce i mgle norweskim brzegiem po prawej burcie.