Zachód

Coś tam jeszcze armator przez telefon wspominał o jakiejś telewizji i hucznym przyjęciu jakie ma nas na kontynencie czekać, ale jak zwykle takie plotki można miedzy bajki spokojnie włożyć. To przecież już podczas tej podróży miała nas w Longyearbyen oczekiwać pani minister nauki, a w zeszłym roku też w Longer miał nas odwiedzić sam Barosso, komisarz najwyższy Unii Europejskiej. Pani minister w porcie nie było a Barosso zamienił się w grupkę pomniejszych urzędników, którzy hurtowo podjechali na keję węglową w zardzewiałym autobusie.
Niemniej sprężyłem się mocno wszystko na Hornsund przygotowując do szybkiego przeładunku ludzi i sprzętu. Już na podejściu się okazało, że J…. rezygnuje z pomiarów, bardzo dobrze bo dość antypatyczna baba, a dwu pasażerów, których mamy zabrać do Tromso na spakowanych bagażach czeka na brzegu przy Banachówce. Oczywiście tak dobrze to nie było, ze swej strony szybko udało mi się zrzucić na wodę dwa pontony, jeden na bagaże, drugi dla J… i C…, ale ci ostatni zwlekali tak, że wysłałem Roberta z Jarkiem pierwszym rzutem na brzeg samych. Szczęściem zabrali ze sobą futerał J…. z karabinami, bo po samym brzegu spacerował sobie spokojnie wielki, biały ale bielą w żółć wpadający misiu polarny. Nerwowo rozpakowali te karabiny, zrobiło się wielkie zamieszanie na brzegu. Cała baza polarna tłumnie wyległa misia oglądać i z naszej szybkiej akcji nici, bowiem trzeba było czekać na to co miś dalej zrobi. A miś stał sobie uparcie w miejscu węsząc tylko niespokojnie w stronę grupy polarników, która mądrze podzieliła się na dwie części i zaczęła naganiać misia wprost na moich ludzi. Pospiesznie, w międzyczasie, studiujących obsługę tego muzealnego mausera.
Szczęściem niedźwiedź miał więcej od wszystkich innych rozsądku i niespiesznie się oddalił w stronę gdzie nikt go nie niepokoił. Powędrował na Wilczka i zajął się obwąchiwaniem husika u stóp tego krzyża na którym te wszystkie tabliczki wotywne z podziękowaniami za szczęśliwe ocalenie, które tak mnie przestraszyły kiedy je pierwszy raz zobaczyłem. Dalej poszło już lepiej, chociaż nie tak dobrze jak mogłoby. W pewnym momencie na mostek wypadł pan R…; co, jak, dlaczego? Dlaczego tak wolno?
– Przez UKFkę do J….; – J…., k… czemu tak wolno?
– Bo to wolny kraj.
Pan R… się zdenerwował, puścił wiązkę w słuchawkę, że to niedopuszczalne bo pogoda się może zmienić w kazdej chwili i nie zdążymy, etc. Granice absurdu zostały przekroczone co Pan R…. skonstatował jak zwykle poniewczasie, sapnął, oddał słuchawkę i zszedł z mostku. Ledwo pasażerowie na burcie już ciągniemy kotwicę, w drodze do kraju. No jeszcze nie do końca, bo Tromsoe i pięciodniowy czarter po drodze, ale już przecież we właściwym kierunku. Pokład czysty od pontonów, nasz ostatni jeszcze wysłany po zbiórkę lodu dla naukowych eksperymentów nad szklaneczką. Wymanewrowujemy spośród luźno rozrzuconych icebergów, ponton podnosimy w drodze i dziób prosto na południe, za rufą zostawiamy mile, coraz więcej i więcej, które dzielą nas od Arktyki i jej surowego piękna.
Na drugi dzień jeszcze Wyspa Niedźwiedzia, widziana z daleka na prawym trawersie, wyrastająca z morza przymgloną krawędzią ostrych, trzech szczytów Góry Niedoli. i to za nami, przed dziobem rozkołysany ocean i pomyślny wiatr z rufy.

Nie pamiętam czy to wtedy czy kiedy indziej, kiedy indziej chyba ale też w czasie powrotu kiedy Niedźwiedzia zniknęła nieodwołalnie za horyzontem. Elektryk, który po wachcie zawsze tuż po północy przychodził na mostek zapalić papierosa i zamienić kilka słów niezobowiązującej rozmowy, zapalił fajurkę, zaciągnął się, spojrzał na horyzont, zbladł nagle wpatrzony w buzujący czerwienią kawałek morza.
– Ty – mówi – CO TO JEST?
– Zachód słońca, Heniu.

Pierwszy zachód Słońca od trzech, blisko, miesięcy.