Junkers

Kamienna pustynia, cyrk kamienny otoczony majaczącymi w oddali górami. Pośrodku aluminiowe truchło. Junkers J88A z powietrznej floty Generalobersta Hansa Jeschonnka. Junkers kierowany z pociągu dowodzenia Robinson nad Jeziorem Czerwonym w Puszczy Romnickiej na rozpoznanie meteorologiczne tego szlaku niżów, które po szerokości Wyspy Niedźwiedziej nieprzerwanie maszerują posępnym szeregiem arktycznej zamieci pomiędzy Norwegią a Szpicbergenem stanowiącym tak dobrą przykrywkę arktycznych konwojów przed argusowym okiem podobnych do tego, leżącego w  pyle, samolotów. Woda Morza Grenlandzkiego latem miewa od zera do trzech, czterech stopni celsjusza. Nie ma znaczenia czy do przymusowego lądowania zmusiła załogę awaria silnika, oblodzenie czy szczęśliwy pocisk wystrzelony z frachtowca.
Niemiecki pilot nie chciał spadać do morza. Dosiągnął nad pokryty śniegiem ląd i, rozbijając maszynę, wylądował na równinie, która zdawała mu się płaską. Podwozie strzeliło, prawa goleń obuta w lotniczą oponę made in France, legła na skalistym podłożu, lewa złożyła się pod skrzydło, które szczęśliwie ocalało, samolot uderzył o ziemię ogonem i rozpadł się na dwie części. Załoga, niemieckim zwyczajem, zgromadzona w kupie w przodzie maszyny, ocalała. Samotna na całej wyspie bo chwile wcześniej alianci ewakuowali do Wielkiej Brytanii wszystkie górnicze osady a kopalnie podpalili.
Wśród resztek samolotu w półokręgach, tak jak były zgromadzone w nieistniejących już magazynkach, leżą pociski. Bezużyteczne i nikomu nieprzydatne. Grupa Polaków i Rosjan pochyla się nad aluminiowym wrakiem na tórym jeszcze można rozpoznać zarys złamanego krzyża swastyki. Przerwany w locie cwał Walkirii, bezgłośny już, bezdźwięczny i, oby, złamany.