Naukowe

Parę minut przed czwartą, zgodnie z dyspozycją, Robert odpala silnik by pracując na jałowych obrotach przez pół godziny nabrał temperatury i wyrównał ciśnienia. Obrotomierz na pulpicie skacze posłusznie na te sześćset obrotów jałowego biegu i po chwili opada w dół, do zera. Włącza się czerwona lampka i przeraźliwy sygnał alarmu. Sygnał dźwiękowy można wyłączyć z pulpitu, lampkę tylko z dołu, po usunieciu awarii. Przez dwa pokłady słychac przytłumiony jazgot syreny w maszynowni. Ot, problem. Siknęły wodą wszystkie uszczelnienia obiegu wtórnego wody chłodzącej oraz wydechowe. silnik rozgrzany kilkutygodniową pracą, zatrzymany i ostudzony przeraźliwie zimną wodą z fiordu po prostu się skurczył i rozszczelnił. Robert na telefony nie odpowiada, za to po dziesięciu minutach pojawia się na mostku i zaciąga papierosem, obrotomierz znowu pokazuje sześćset obrotów biegu jałowego.
Korzystając ze zmiany wachty, czyli dostatecznej ilości ludzi, by jednego wysłać na dziób, a drugiego do komory kotwicznej by układał łańcuch, podnosimy kotwicę. Wymanewrowanie w Isbjornhamnie spośród brył otaczającego nas lodu zajmuje chwilę tylko. Robert cieszy się jak dziecko, że lód, świeżo urwany z Hansa i przepływający mimo burty syczy donośnie, topiąc się uwalnia nagromadzone od wieków prasowania w lodowcu powietrze. Wyłowili z Harrym kawałek za pomocą wędki i podbieraka. Wypróbowali eksperymentalnie część i są pełni zachwytu. Nad tym lodem i nad samymi sobą, też.
Jedziemy w poprzek fiordu, powolutku, dwa i pół węzła, tyle by holowana za rufą „rybka” miała czas zejść do dna i do góry zapisując po drodze swoje obserwacje. Na punktach zwrotu niebezpiecznie blisko podchodzimy do brzegu, który potrafi  się bardzo szybko wypłycić strasząc do tego licznymi i nigdzie nie oznaczonymi głazami, o które rozbija się, lub nie bo są niewidoczne tuż pod powierzchnią wody, idąca z oceanu martwica. Mimo wszystko lepiej wszelkie holowania przyrządów przeprowadzać z herr profesorem, bo jest decyzyjny i wbrew pozorom idzie się z nim dogadać w sprawach zasadniczych np. bezpieczeństwa statku. Z pomniejszymi figurami jest znacznie gorzej, bowiem nie mają własnego zdania, realizują sztywno wytyczne i na tym tle dochodzi często do nieporozumień. Już najgorzej z nawiedzonymi, których silną wiarą w epokowość dokonywanych przez nas odkryć trudno wstrząsnąć, nawet wtedy gdyby to miał być wstrząs osadzonego na kamieniach statku.
Rano, przed ósmą wsuwamy się po cichutku, pomiędzy growlersami, do gładkiej i uśpionej Isbjornhamny. Kotwiczę bliziutko, tuż za linią szkierów.
Czas, start. Czekamy osiem godzin, rzekomo do następnego odpływu celem uzyskania równoważnych danych z transektu północnego w stosunku do południowego, który był robiony na przypływie. Tak naprawdę zaczynamy już mieć nadmiar czasu w stosunku do zakupionych pół roku temu biletów lotniczych dla części ekipy i w związku z tym nadmiar ten należy wykorzystać np. na wycieczkę po Polskiej Bazie Polarnej.