Promy

Noc czarna czernią absolutną. Bez nieba, bez horyzontu, bez morza nieledwie, bo gdyby nie syk rozcinanej wody u burty majaczący nieco bielą piany, zdawałoby się żeśmy zawieszeni w przestrzeni bez dołu, bez góry z zatracającym wrażeniem gdzie prawo a gdzie lewo.

I nagle srebrny błysk. Gdzieś w przestrzeni. Zda się nie było, tak krótkie i ulotne wrażenie. Potem cała seria, gdzieś pośrodku morza, bo się morze objawiło następną serią żywej rtęci i księżycem na niebie, który spoza chmur oświetlił metaliczną szarością płaszczyznę wody i pozapalał dziesiątki ogników na leniwej fali fińskiej zatoki. Północ wybija na zegarze i północ wszędzie wokół. Jasną bladą smugą na horyzoncie, niskim siąpiącym deszczem niebem kiedy się rozwidnia. Rozrzuconymi kamieniami szkierów, zawilgłych poprzteykanych mgłą, rozmazujących się w krajobrazie. Sobota, jutro ma być lepiej; czeka nas leniwa i słoneczna niedziela w Tallinie, który z jednej strony zabudowanym ciasno wzgórzem Starego Miasta z prawej i rozsypanymi szeroko wieżowcami na zalesionej równinie z lewej, wynurza się tego siąpiącego, zimnego kapuśniaczku i majaczy poprzez mgłę kolorowymi pudłami przybyłych z Helsinek promów. Zielone w niebieskie kropki, fioletowe z różowymi elipsami są wspomnieniem lata, może zapowiedzią następnego, teraz jednak tylko wyblakłe i huczące wentylatorami.